Penalty [Ryoma x Seiya]
Haraedo

Join the forum, it's quick and easy

Haraedo
Haraedo
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.

Bakin Ryoma

04.05.23 23:32
21 listopda 2036 roku
godz. 03:00


Jucha już nie falą a siąpi stałym, ciągłym strumieniem, który w oparach ostatniego dechu maluje pod nim karminową chmurę. Przezabawne. (Zaśmiałby się, gdyby nie gwałtownie rozerwane struny głosowe). Pod nim jak te białe obłoczki właśnie rozpełzają krwiste cumulsy. Pachną tak, jak pachnieć może najobrzydliwsza ze śmierci – przetkana metalowym posmakiem żałość. Bo tak właśnie umiera. Z żyłami rozprutymi niczym ćpun błagający o ostatniego szota. Biel trzonowców już dawno stała się symboliczną, bo rzędy zębów przykryła jaspisowa czerwień. Charczy wraz z nią, z tą posoką jak rzeka rwącą do przodu i widzi gdzieś na granicy śmierci, że i jeden z kundli – ten najmniejszy; wiedział, że to będzie on – pada półżywym, bo rykoszetem oberwał pod małe, psie żeberka. Parska trupim rozbawieniem, gdy kieł za kłem rwą dalej, głębiej. Panoszą się po ciele jak wcześniej ich chujowe uderzenia. Wpierw dorwali go obuchowo. Z zewnątrz jak mięso przygotowując pod jego serwowanie, obijali mięśnie nierówno, choć pasmami. Celowali w podbrzusze i żebra, wiadomo, w podudzie i łydki, gdy brakło inwencji. Jeszcze chwilę wcześniej zdolny był dostrzec mur wysokości dwóch rosłych typów, przez których jego na wpół truchło, bo nie ciało, przerzucili łechtając własne ega. Widział, że ich podekscytowane wypieki; te żarzące się niczym w nocy latarnie. Błyszczały chciwością dojrzenia wnętrza, połechtania trzewi. Kurwy nie ludzie. Chuje noszący głowy tak wysoko, na ile wskaże im podeszwa dowódcy. Wyrywa się z boku plusk rozrywanego mięsa. Nigdy na to nie wpadł, ale szarpane ciało ma w sobie coś z kruszącego się, starego pergaminu. (Ale tylko wtedy, gdy pierwsza warstwa skóry zostanie zerwaną jak naklejka zawiązana z ciałem na silny klej). Czy to już ten moment? Powieki sklejają się z linią wodną, ale nie mimowolnie a ciążą krwią płynącą z czoła, z płatów czołowych a wiadomo, że tam, tuż pod nimi, kryje się całe człowieczeństwo. W trzon człowieka wsuwają się więc psie języki i charczą, i miotają, i łapami jak harpuny uciskają krwawiące wyrwy.
  Skłamał ten, kto powiedział, że zdychanie jest ciszą. Jest kurwa czymś na wskroś przeciwnym. Jest jak morski sztorm i szalejąca z jądra ziemi lawa. Jest jak pisk rodzących się dzieci i szlochy wszelkich matek. Umieranie to podział tego, co wcześniej złączone; teraz siłą rozdarte. Dusza przez wiele lat przywiązana do skóry ciągnie gdzieś na bok a jej rozpaczliwe wołanie o śmierć jest tymże mocniejsze, czym bardziej gwałcone jest ciało. Pierdolone kundle. Ich mięśnie nie lepsze, bo znaczone tymi samymi walkami. Zmuszane od małego i pozostawione na pastwę losu tutaj, w Nanashi. By żerować jak kleszcze na ludziach, jak karaluchy przeżyć najgorsze i dognić w kanałach z kawałkiem twojego ciała między siekaczami. Szmaty nie domowe zwierzaki. I widzi ich oczy przesiąknięte żółcią. Jadem zwierzęcym, które choć w ludziach ukryte to czasami wybijające się ponad normalną jasność człowieczych białek.
  Zapiera się na swoim ciele, ale sam jest niczym. Ledwie poświatą chcącą na nowo wcisnąć się w dotykalną powłokę, bo materialność bywa przyjemną. Potrzebną. Kurwa, tak, potrzebną. Więc wije się jak larwa w pozostawionym na słońcu trupie i nawet nie krzyczy, gdy upada na plecy a jego myśl niczym innym a chęcią zemsty. I zdaje się, że ta zachcianka wyrasta z ziemi, pnie się korzeniami do jego samego i plecie mężczyznę na nowo. Na nowo zawiązuje ze sobą płaty skóry i rozrysowuje pod czaszką jeden cel – zajebać. Słowo niczym trucizna wspina się przez oczodoły i spływa na język. Tamże rozpuszcza się słodkim smakiem metalu, posoki, a w esencji krwi jest przecież więcej niż obietnica zemsty. Jest tam idea życia, pulsowania i tętna, które puchną w żyłach i już za tym tęskni. Za sercem, którego rytmu zaczyna brakować. A jest przecież na moment po ostatnim dechu. Kwadrans? Nie więcej.
  Kiedy już pasma niby to mięśni, ale w rzeczywistości ducha, który mięśnie udaje, zawiązane zostają na nowo, on otwiera oczy. A świat przecięty jest czymś nowym. Niby to poświatą, o której słyszał wielokrotnie, ale przecież to, co zasłyszane może być nieprawdziwym. Wzdryga się. Niby to go przeszywa chłód grudniowej nocy, ale dowie się z czasem, że to po prostu dusze bywają chłodniejszymi. Jak te odbicia w platońskiej jaskinii jedynie imitują prawdziwsze, więc i teraz, kiedy spod delikatnie uniesionych powiek spogląda ku niebu, świat mu zdaje się zimniejszym. Jest, kurwa, zimniejszym. Klnie jak ten chłystek z rynsztoka, jak ten ćpun właśnie z rozerwanymi żyłami, by w samorealizacji odczołgać się od rozrywanego ciała. Ale, odczołgać? Dłoń w geście chłodnego zdziwienia unosi się do twarzy, gdzie nie ciało a rysuje się powłoka. W niej wyskrobana chęć mordu, która płynie na duszy zamiast opuszek, zamiast linii papilarnych kreśli nową, świeżą mapę tożsamości.
  A więc żyje. Żyje?
  Westchnięcie. Zadowolone, głębokie, spowalniające świat do potrzebnych, wydłużonych w ekstazie sekund. Wtem rzeczywistość staje się ciemniejszą. Granat nieba nabiera czarniejszych odcieni jak ten widok, który ukrył się pod woalem nadchodzącej burzy. Nad nim już nie księżyc a migająca tarcza zegara. Po niej głośno odbijają się sekundy. Raz. Spuszcza spojrzenie ku psom obwąchującym zmarnowane ciało. Dwa. Wzrok odbija się od ostatniego z kundli i biegnie ku światłu. To niebieskawa poświata telefonu komórkowego. Trzy. Ich spojrzenia zasklepiają się i wie już. Cztery. Zna to spojrzenie widzącego, którego świadomości dochodzi obraz martwego.
  Parska, by rozszarpanym ramieniem znaleźć oparcie dla podnoszącego się ciała.
  — Heh, no to dobry wieczór.



Maybe god loves you,
but the devil
takes an interest.
Bakin Ryoma

Hattori Heizō and Amakasu Shey szaleją za tym postem.

Yakushimaru Seiya

21.05.23 19:00
Większość miasta smacznie spała w swoich łóżkach; w okolicach trzeciej w nocy nawet Nanashi wydawało się zaskakująco spokojne. Za kilka godzin ulice miały zbudzić się na nowo – niechętnie, bo w listopadzie noce były już znacznie dłuższe, a pogoda jakaś taka nieprzyjemna. Na palcach czuł nieprzyjemny chłód, ale to nie zniechęcało go do namiętnego wystukiwania wiadomości na telefonie, którego ekran rzucał zimny, blady blask na twarz o zaskakująco neutralnym wyrazie i niezdrowo rozmigotane oczy. Był środek nocy, ale po drugiej stronie zawsze znajdował się ktoś, komu też lepiej funkcjonowało się o tak późnej porze i kto nie zadawał niepotrzebnych pytań. Nie musiał się tłumaczyć z tego, gdzie był ani co robił w tym miejscu o tej nieludzkiej godzinie. Wpatrzony w wyświetlacz, na którym co rusz pojawiały się nowe wiadomości, wydawał się całkiem łatwym celem, ale coś w jego ruchach – pewnych i poniekąd agresywnych – sprawiało, że równie dobrze mógł być gotów, by odwinąć się w każdej chwili. To nie tak, że nie uważał. Spojrzenie raz po raz unosił ponad krawędź komórki, sprawdzając jak daleko już zaszedł. Widoczność była chujowa, ale przyzwyczaił się, że oszczędzano tu na prądzie. Jedynie księżyc, który częściowo przebijał się przez chmury, swoim blaskiem nadawał budynkom, koszom czy bezużytecznym latarniom jakieś kontury. Gdyby się nad tym zastanowić, wybrał sobie kiepską porę na dokarmianie bezpańskich psów, ale paczka psiego jedzenia ciążyła mu w plecaku i przypomniała mu, że o czymś zapomniał, gdy nie tak dawno temu opuścił klub po spontanicznej popijawie. Nie był całkowicie pijany, ale nie był też na tyle trzeźwy, by za sprawą zdrowego rozsądku przełożyć swoją ważną misję na rano. Chód miał stabilny, wzrok trochę mętny, a zimne, jesienne powietrze przyjemnie łagodziło ciepło rozchodzące się po ciele od żołądka, w który wlał kilka solidnych kieliszków.
  Ostatni zakręt. Kilka postawionych naprzód kroków. Przechylił głowę na bok, ściągając brwi w bolesnym skupieniu, bo uwagę co rusz chciały porwać ze sobą krążące po krwioobiegu promile. Słyszał już nie tylko własne kroki, szelest paczki z karmą, ale i stopniowo cichnące powarkiwania. Jedną ręką zsunął zawieszony na ramieniu plecak; nie zamierzał podchodzić do niespokojnych kundli bez żadnej asekuracji. Wibracje wyczuwalne w drugiej dłoni powiadomiły go o nadejściu kolejnej wiadomości. Kierując się naprzód i stawiając już wolniejsze kroki, kciukiem przesunął po ekranie, by przedrzeć się przez długi rząd chmurek chatu. Nie zdążył odpisać, choć opuszka palca zawisła w gotowości nad polem tekstowym, ale oczy straciły zainteresowanie wirtualnym rozmówcą.
  Był już na miejscu. Gdy tak patrzył na krzątające się przy zdobyczy psy, wsłuchiwał się w ich głośne niuchanie, jakby po tym wszystkim miały jeszcze cokolwiek do wywąchania, uznał, że było to raczej niewłaściwe miejsce. Ale makabra miała w sobie coś, co sprawiało, że ciężko było oderwać od niej wzrok – Yakushimaru też dał się złapać na jej haczyk, jakby musiał upewnić się, że ten ponury widok jest prawdziwy. Panika powinna być pierwszą normalną i całkowicie ludzką reakcją, ale jakiś trybik w jego głowie – ten odpowiadający za człowieczeństwo – nie zaskoczył. Nie dlatego, że był wstawiony, a dlatego, że w rozrachunku jego całego życia, leżące na ziemi ciało było całkiem normalnym widokiem. Umierasz, nie ruszasz się, zaczynasz się rozkładać, bo jesteś tylko workiem na kości i mięso – prosta sprawa. Nie tak prosta, jak zwłoki poruszające się, zwłoki patrzące, zwłoki uśmiechające się albo zwłoki mówiące. Może gdyby okoliczności były inne, spróbowałby jakoś pomóc. Może. Bo to nie jego sprawą było to, że ktoś rozwścieczył bandę głodnych czworonogów. Tak czy inaczej było już za późno. Wiedział to, bo sprawa była podwójnie skomplikowana i teraz każdemu rodzajowi zwłok czegoś brakowało. Tym nieruchomym – duszy; tym ruchomym – ciała.
  Schowawszy komórkę do kieszeni, wpatrywał się w mężczyznę, który gramolił się z ziemi. Mimowolnie wydał z siebie krótkie parsknięcie, jakby w całej tej scenie znalazło się miejsce na element komedii. Duch, który się wyjebał? Zajebiście śmieszne. Był to jeden z tych momentów, gdy przemawiał przez niego alkohol. Gdyby nie on, Seiya nie czułby się aż tak rozluźniony, dlatego może i nie był na właściwym miejscu, ale czas wybrał sobie całkiem dobry. Przez cały czas stał bokiem do psów, wciąż w tej bezpiecznej odległości, bo to ich nie prowokowało. Gdy nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów, sprawiał wrażenie nudnego celu. W ręce niezmiennie trzymał plecak, choć wolał, by nie musiał stać się jego przyszłą tarczą. Tak czy inaczej nie spieszyło mu się na tamten świat.
  — Nieźle cię kurwa urządziły jak na dobry wieczór — skomentował ze zrezygnowanym cmoknięciem, choć domyślał się, że nieznajomy zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo miał przejebane. — Nie ostrzegały wcześniej czy to jakiś pojebany samobójczy incydent? — Uniósł brew, choć sądząc po tonie głosu, okoliczności średnio go interesowały. Cokolwiek się wydarzyło, bezpieczniej było obrać stronę psów. — Myślisz, że już się najadły? Nie po to zapierdalałem tutaj z karmą przez pół, żeby wpierdalały coś szkodliwego — ostatnie słowo opuściło usta w znaczącym tonie. Czarne oczy nienaturalnie obsypane błękitem skryły się częściowo za lekko przymrużonymi powiekami, nadając spojrzeniu nieprzyjemnej ostrości.

Yakushimaru Seiya

Seiwa-Genji Rainer ubóstwia ten post.

Bakin Ryoma

27.05.23 12:43
Nawet nie wie, kiedy bestie nie kundle, zrodzone z prymitywnej potrzeby rozrywania, spijania, prostego przecież mordowania, przeistaczają się w uniżone zwierzęta. Ich pyski, choć wciąż pokryte grubą warstwą tężejącej juchy, to jakby przyjemniejsze. Te, których kły już nie tak ostre a bardziej obłe; łapy jakby mniejsze, zgrabniejsze, skoczne tak jakimi winne być za piłką a nie dogorywającym człowiekiem. W oczach nic więcej a zmęczenie, zdziwienie może, że same zdolne były skoczyć komuś do gardła. Do gardła, do trzewi, do serca. Spogląda na swojego trupa, który na ziemi plamą rozbebeszonego mięsa i krwi. Obrzydliwe. Widzi weń nic więcej a przebłysk wspomnienia z lat dziecięcych, gdy babka… Szybkie wzdrygnięcie ramion albo też nie ramion a fantomowego ciała, bo przecież jego własne rozłupane jak orzech na ziemi, ze ścięgnami poutykanymi w psich siekaczach. I niby czuje pędzącą po ścięgnach krew, i niby ta noga utyka rozerwaną, więc i pod czaszką przelewają się powidoki bólu, ale w zasadzie to nie czuje nic. Nic, bo i nie zaskoczyły podstawowe nawet emocje, które pociągnęłyby trupa nie ciało do działania. Wzdycha cicho, wpatrzony wpierw w siebie, w siebie nieżyjącego, w psa, który charczeniem ogłasza zakrztuszenie się kością udową.
  Co za kurwa debile. Zamiast poczekać, pozbyć się mięsa na moment po ostatnim dechu, to zapewne kulą się za rogiem już zajebani albo tylko wstawieni. Nie ważne. Ważne, że wrócą a on prędzej im karki myślą ukręci, niż pozwoli dotknąć choćby skrawka rozerwanego ciała. A może nie wrócą. Może zapomną albo też bez pomyślunku pognają do kwatery, do ich samozwańczych bogów, którzy ruchają zapewne kolejne młode laski. Idioci a choć z mózgami to wielkości robaczego geniuszu. Dosłownie. Bo kulą się w owadzich stadach, jakby nie stać ich było na pojedyncze, silne działanie.
  Podwija prawą nogę pod klatkę piersiową i wciąż, jak to przy fantomowym złamaniu, syczy cicho, klnie, by dłoń zapierając na bocznej fasadzie budynku, podnieść ciało do pionu. Ni to pion, ni pół pion, coś pomiędzy, bo w podbrzuszu kotłują się wymioty. Nie rzyga jednak, bo wydaje mu się, że duchy są do tego niezdolnymi. Pauza.
  zyli jednak jest duchem; jak łuną po dawnym człowieku. Do chuja. Oddycha ciężko, by spojrzeniem złapać to drugie ciało – chłopięce, młode, w pełni świadome. Może delikatnie przyćmione alkoholem — może, nie jest pewny — ale za to widzi ten błysk rozeznania. Błysk kogoś, kto widzi i wie. Jak wielu ich było? Rwie myśli jedynie chęć odzyskania życia, silniejsza niż wszystko inne. Potrzeba zapierająca się na źrenicach, które teraz znaczone topazową czerwienią. Kły, czego jeszcze nie wie, też jakby dłuższe, ostrzejsze, zwierzęce. Psie. Czyli jednak stał się częścią stada, które wpierw go zabiwszy, teraz przyjęło w ramiona. Nie sposób nie uśmiechnąć się do tej myśli, więc i rozbawienie ciągnie kąciki ust ku górze, bo i pośmiertnie życie go bawi. Tak samo, jak i przed godziną, kiedy ostatnim dechem żegnał świat, tak teraz absurd kładzie się żartem na sytuacji. Kręci głową. Zajebiście.
  “Nieźle cię kurwa urządziły jak na dobry wieczór”.
  Śmieje się, bo co mu pozostało. Charkot pląsającej w gardzieli krwi barwi rozbawienie nieprzyjemnym warkotem. Krztusząc się wspomnieniem juchy zalewającej gardło, odkasłuje w zaciśniętą pierś.
  — Kurwy jebane — szepce, ale wciąż jest rozbawionym, bo w trzewiach nosi potrzebę urozmaicania każdej z gier, więc nie ukrywajmy; obecna sytuacja była wskoczeniem na wyższy poziom rozrywki. W końcu prostuje ciało, wyciąga przed siebie to jedną, to drugą rękę, bada struktury kości, naciąga, wyłamuje. Tiki bólu przymykają powieki na krótkie, chwilowe momenty a on w tych spazmach odnajduje małą przyjemność.
  — Myślisz, że jadły czy się tylko bawiły? — powtarza po chłopcu pytanie, by odbić się od ceglanej ściany i podejść do jednego z kundli, który skulony koło śmietnika, wylizuje krew spomiędzy szerokich, brunatnych łap. Zwierzę unosi pysk i w na pół rozumnym spojrzeniu, zawiesza atencję na powidoku człowieka. — Zawsze zastanawiałem się, czy widzą. — Zauważa z językiem pędzącym po górnej linii zębów; ponownie odkasłuje. — Daj temu tutaj. — Kieruje słowa do chłopaka, by ukucnąć naprzeciwko zwierzęcia i z niemalże czułością zawiesić na nim przekrwione spojrzenie. — Psiak był najwytrwalszym. Ma potencjał. Szkoda, że zgnije w dzielnicy. — Sięga ręką ku kundlowi, ale ta nie ma możliwości muśnięcia miękkiego futra za uchem. Cofając dłoń z westchnięciem dodaje: — Mały skurwiel. — Po tym spogląda na chłopaka. — Pomożesz schować mi ciało.



Maybe god loves you,
but the devil
takes an interest.
Bakin Ryoma

Yakushimaru Seiya ubóstwia ten post.

Yakushimaru Seiya

04.07.23 22:49
Zastanawiało go, czy było to konieczne; to całe oswajanie się. Pierwszy raz obserwował kogoś, kto rozstał się ze swoją fizyczną formą, więc też po raz pierwszy przyszło mu na myśl, że to dziwne, żeby ktoś taki cokolwiek czuł. Może dogasająca pamięć czuciowa była już ostatnim pożegnalnym przystankiem – tak, żeby tragiczna śmierć była jeszcze mniej przyjemna. Przejebane. Ale co z tego? Przyglądał się mężczyźnie swoim na wpół trzeźwym wzrokiem, nie mogąc wykrzesać z siebie choćby odrobiny współczucia. Jak nigdy wcześniej (tak sobie wmawiał, bo po alkoholu wiele rzeczy mogło się wydawać), był przekonany, że zna się na ludziach aż za dobrze. Kto inny mógł skończyć martwy w zaułku, jeśli nie ktoś, z kim ewidentnie było coś nie tak? Powodów do braku zaufania miał wiele – począwszy od tego, że znajdowali się w Nanashi, a kończąc na tym, że rozszarpały go właśnie psy.
  Jednego z nich właśnie dostrzegł kątem oka; powoli zbliżał się zwabiony znajomym szelestem paczki ukrytej w plecaku. Psi nos poruszał się na boki, węsząc ostrożnie, a Yakushimaru spokojnie wysunął ku niemu wierzch skulonej w luźną pięść ręki. Z zaskakującą delikatnością podchodził do zwierzęcia, które jeszcze chwilę temu wgryzało się zapalczywie w innego człowieka; którego część pyska i podgardle wciąż lepiły się od świeżej krwi. I gdy tak łagodnie obchodził się z psiskiem, sprawiał wrażenie zwyczajnego chłopaka, który znalazł się w tym miejscu o niewłaściwym czasie, nie licząc tego, że ktoś inny na jego miejscu już dawno spanikowałby na widok trupa. Nie pamiętał już, na jakim etapie życia dopadła go znieczulica. Pewnie mylnie twierdził, że miał tak od zawsze, ale to nie miało teraz znaczenia.
  „Myślisz, że jadły czy się tylko bawiły?”
  — Jeśli się bawiły, musiałeś być kurwa bardzo rozrywkowy — stwierdził nie bez ironii, wzruszając przy tym ramionami. Opinia na ten temat głębokimi rysami wyryła się już w jego głowie i – co można było sądzić po nieprzychylnej postawie Seiyi – stawiała nieznajomego w złym świetle, nawet jeśli został już porządnie ukarany. — Odważne słowa, jak na kogoś, kto już gnije w tej jebanej dzielnicy. Nie mów mi kurwa, że szarpałeś się z nimi, żeby sprawdzić, który z nich ma największy potencjał. To się kurwa nazywa poświęcenie dla sprawy. — Tylko że podziwu w głosie czarnowłosego nie odnaleziono.
  Zignorował polecenie już z chwilą, gdy sięgnął po paczkę z karmą do swojego plecaka, który nawet po tym nadal wisiał przed nim uczepiony przedramienia, bo jeszcze nie wiedział, na ile reszta psów była skora do przyjaznej interakcji. Ten, który czatował przy jego nodze, kręcił się niespokojnie, gdy Yakushimaru szarpnięciem otworzył opakowanie, ale robił to jedynie ze zniecierpliwienia. Nieobrzydzony intensywnym zapachem psiej karmy, sięgnął ręką do środka, wyciągając z niej sporą garść przysmaków. Niedbale rozrzucił je na chodniku, dając kundlom więcej przestrzeni i częściowo dać im się rozproszyć. Nie przyszedł tutaj, by nakarmić jednego wybrańca. Już miał sięgnąć po kolejną porcję, gdy – Pomożesz mi schować ciało – zatrzymał się nagle, unosząc wzrok znad karmy, by zawiesić go na wysokości oczu mężczyzny. Chociaż twarz miał pozbawioną konkretnego wyrazu, w tęczówkach czaiło się niewypowiedziane na głos pytanie. Potrzebował chwili, żeby przyswoić do siebie to, że wcale się nie przesłyszał.
  Śmiech niespodziewanie przerwał ciszę, która swoim ciężarem zdążyła osiąść na barkach; te drżały targane wybrzmiewającą beztroską rozbawienia, strząsając z siebie wcześniejsze nieruchome napięcie. Śmiać się nad zwłokami – to takie niestosowne – ale to nie z nich się śmiał. Tylko z tego, co z nich wypełzło i, jak upierdliwy robak, próbowało pasożytować na innych. Nie był to śmiech, od którego za chwilę miał rozboleć go brzuch, ale i tak można było odnieść wrażenie, że to, czego był świadkiem, bawiło go bardziej niż powinno. Jeszcze sekundę. Dwie. Niski, chrypiący dźwięk ucichł równie nagle, ostatnim echem rozciągając usta w powściągliwym, ale wyzywającym uśmiechu.
  — Bo co? Przyjebiesz mi? — spytał aluzyjnie, zsuwając spojrzenie niżej – wprost na rozmiękłą miazgę z mięsa i kości. Podkreślając absurd tej sytuacji, chwilę przyglądał się zwłokom, jakby liczył na to, że faktycznie zaraz się poruszą. Uniósł brew w niemym wyczekiwaniu, zanim pokręciwszy głową, skupił uwagę na yurei z bijącym z ciemnych tęczówek znużeniem. — Jakoś sobie kurwa nie przypominam, żebym zgadzał się na współpracę. Po pierwsze, to będzie zajebista pomoc. Pomożesz mi siebie ponieść? Złapię kurwa za ręce, a ty za nogi? — Parsknął krótko z drapiącą w uszy szorstkością. — Po drugie, nawet cię kurwa nie znam. Mógłbym wymieniać dalej, jak bardzo nie widzę w tym żadnych korzyści i jak chujowy jesteś w proszeniu o pomoc, ale to powinno ci wystarczyć.
  Kolejna garść psiego żarcia wylądowała na spękanym bruku.
  — Zresztą co to kurwa za różnica, czy cię tu znajdą? Już po tobie. Niektórym marzy się pośmiertna sława, a z takim zakończeniem może dorobisz się jakiegoś zajebistego artykułu w gazecie.

Yakushimaru Seiya

Amakasu Shey, Bakin Ryoma and Yōzei-Genji Setsurō szaleją za tym postem.

Sponsored content
maj 2038 roku